Tajemnicze miasto

Po milczących uliczkach włóczą się senne kozy. Ktoś przywiązał do słupka osiołka z dwiema spawalniczymi butlami w skórzanej uprzęży. Kilku sprzedawców oferuje owoce opuncji, a ślepiec ma w dłoniach nędzne pomarańcze, jakby trzymał się tylko gestu handlowania. Cisza. Jakaś postać w wełnianym płaszczu wchodzi do meczetu.
Tu nie ma turysty. Kogoś z tego świata. Bohatera cywilizacji XX wieku. Ze skórzaną teczką zamykaną na zamki, w lśniących półbutach, z firmowym zegarkiem.
– Służyłeś w armii? – pyta mnie przechodzący chłopak, bo noszę się na zielono.
– Tak, jestem emerytowanym żołnierzem.
– Amerykańskim?
– Polakiem.
Wraca cisza. W milczeniu i ciszy łatwiej można osiągnąć skupienie. Są tylko mury, historia, zaschnięta krew, pot i ślina. Sale, brzydsza siostra Rabatu, ma pożółkłą twarz samotnego człowieka. Na chwilę ożywa przerdzewiały głośnik. Z meczetu płyną potoki słów – jak spowiedź zakazanej wspólnoty.
Kiedy Ridley Scott chciał pokazać grozę Afryki, spuścił na Sale kompanię Marines. Była czwarta rano. Kręcili film z sześciu kamer.
Wyprawa do Sale ma w sobie coś mitycznego. Jakby przekroczenie rzeki oznaczało pokonanie niewidzialnej bariery. Tu czas płynie inaczej. W głąb siebie. Ludzie patrzą na galopujący świat z innej perspektywy. Mają więcej dystansu. Do tego, o czym można marzyć i co można posiadać. Starsi mężczyźni niemal mieszkają w meczecie. Starsze kobiety chodzą zawsze po jednej stronie ulicy. Dzieci nie ma wcale. Sale to siedlisko magii, sufizmu, tradycyjnego islamu.
Pomiędzy pustą plażą, a żółtymi od słońca kamiennymi ścianami okalającymi miasto, ciągnie się cmentarz. Pośród tysięcy grobowców wyróżnia się lśniąca bielą kubba Sidi ibn Aszira at-Taliba, XIV-wiecznego ascety z Andaluzji. Grobowiec ma – według lokalnych wierzeń – moc uzdrawiania ślepoty, paraliżu i opętania. Jest celem pielgrzymek.
Mijamy średniowieczny przytułek dla nędzarzy, którym na długich, drewnianych szuflach podawano przez okno tagin przywożony codziennie z pałacu. Przed nami stoi ponure, opuszczone więzienie.
Wchodzimy na piętro. Przez okratowane otwory widać spienione morze. Śnieżne mewy i ozdobione białymi żagielkami łódki rybaków.
Jesteśmy z wizytą w świecie, w którym zegar idzie w drugą stronę. A przyszłość jest nieuformowana, niegotowa, być może nawet niepotrzebna? Bo czy przyszłość, wymyślona jako raj dla niewielkiej grupki, nie napawa przerażeniem? Czy życie w przeszłości nie wydaje się bezpieczniejsze?
Sale – stolica piratów, dawny targ niewolników – patrzy na świat tajemniczym okiem.
Znam wiele miast umarłych. Uśmierconych przez konserwatorów. Zamienionych w historyczne Disneylandy. Ich zabytki przypominają dekoracje operowe, ich bezbarwne opowieści prowadzą w pustkę tanich anegdot. Te miejsca, to urbanistyczne trupy.
Tymczasem ksary i kasby żyją. Można z nimi rozmawiać. Są jak drzewo, które posiada tajemnicze korzenie, słoje i owoce, a owoce zawierają pestkę, a więc także duszę. Dokoła wyczuwam życie. Tajemnicze, nieznane, które lęgnie się w materii.
Przy wyjściu z więzienia stoją pordzewiałe armaty. Droga prowadzi wprost na plażę.
Z piasku i pary wodnej niepostrzeżenie wychodzi procesja. Trzy kobiety. Stara, ubrana na czarno, dźwiga martwego czarnego koguta, druga, w niebieskiej sukni – niesie koszyk z chlebem,
oliwą i henną. Na końcu lekkim krokiem zdąża młoda dziewczyna przystrojona w róże. Procesja dochodzi do wału, gdzie ptaki drążą gniazda i składają jaja. Kobiety zostawiają ofiarę dla duchów, zapalają świeczkę. Usta starej poruszają się w rytmie zaklęć, dłonie niebieskiej przesuwają paciorki różańca.
Przyszły prosić o męża.
Przekraczamy zewnętrzny mur miasta. Idziemy po ciemnych wąskich uliczkach, zakamarkach, gdzie przesiadują ludzie w staroświeckich ubraniach. Patrzą szeroko dziwnym wzrokiem. Popalają haszysz. Znaleźli się poza czasem i poza historią. Ratuje ich kontekst.
– Panie, pani, chętnie was oprowadzę – przyczepia się kulawy przewodnik w spłowiałym fezie.
Nie chcemy z nim rozmawiać, ale jest natrętny. Po chwili, nagłym ruchem, wpycha nas przez małe drzwi w murze. Wewnątrz, wokół wspaniale rzeźbionego stołu, siedzą sufi. Dokoła płoną oliwne kaganki.
– Słuchaj, zapłacę, jeśli nas zaprowadzisz do Hadidży – patrzę przewodnikowi prosto w oczy. – Ona mieszka pod dziesiątką, na rue Ras Hajra – odczytuję z kartki.
– To niedaleko. Ale wcześniej macie Wielki Meczet i Medresę Bu Inana. Chodźcie na lewo. Ze mną jesteście bezpieczni.
Przewodnik, w krótkim zielonym płaszczyku, ma twarz okoloną długimi białymi lokami. Jego ogromna szczęka zdradza rysy hiszpańskie. Może to potomek Morysków? Nie jest groźny, chce po prostu zarobić pięćdziesiąt dirhamów.
Medresa stoi w chłodzie. W sukni pełnej motywów geometrycznych i motywów kwiatowych. Dorównuje urodą swoim siostrom z Meknesu i Fezu. Wokół wewnętrznego dziedzińca ciągną się cele chłopców, którzy studiowali Koran. A wieczorami z dachu podziwiali baśniowy widok na Rabat. Czy brakowało im czegoś do szczęścia? Czy władza i pieniądze rozwiązałyby ich problemy?
Przewodnik bierze mnie za rękę. Po kilku zakrętach stajemy przed schodkami.
– Hadidża! – woła. – Otwieraj, masz gości.
Kobieta jest młoda i wesoła. Jej orzechowe oczy się uśmiechają. Pełne wargi odsłaniają małe dołeczki w policzkach. Na głowie nosi kolorową chustę, a na ramionach biały trencz.
– Co już widzieliście? – pyta.
– Stare więzienie.
– Są jeszcze dwa, niestety czynne – opowiada. – Jedno dla terrorystów, drugie dla cudzoziemców. Kiedy zbrodniarze opuszczą cele, nie mają gdzie iść, więc zostają na miejscu. Dlatego nikt do Sale nie przyjeżdża.
Idziemy krętymi ścieżkami wokół starych, rozpadających się posesji.
– Nie chodźcie nigdy do tej knajpy – Hadidża pokazuje palcem.
– A co tam?
– Tam można wynająć mordercę.
Z boku wyłania się opuszczony pensjonat.
– Pierwszej nocy po otwarciu zabito w nim turystę, potem już nikt nie chciał nocować.
– To może zostaniemy? Odczarujemy to miejsce.
– Nie polecam.
– A ty? – pytam. – Nie boisz się?
– Mnie wszyscy znają od dziecka.
Krążymy w pobliżu dzielnicy fundamentalistów islamskich Sidi Musa. Mężczyzn w ogóle nie widać. Są tylko chaty zbite z blachy i samochodowe wraki. Zaniedbane dzieci kopią w piłkę. W Sidi Musa mieszka dziesięć tysięcy ludzi. Cała armia salafitów. Gdyby król nie był przywódcą wiernych, roznieśliby Rabat…