Tanger, Continental

Żeby na szybko oswoić Was z atmosferą miasta, opublikuję fragment wspomnienia z 2011 roku, kiedy mieszkałem w rozpadającym się hotelu, gdzie studiowałem współczesną historię Tangeru. Pamiętam, że była noc. Włóczyłem się po otwartych przestrzennych salach, gdzie zdjęcia opowiadały szalone fabuły z czasów tutejszego słodko zdeprawowanego Raju.
„Na ścianach wiszą zdjęcia oświetlone waniliowym światłem. Tworzą dziwną opowieść o mieście, które jak faworyta króla, miało chwilę sławy, zanim je porzucono dla innej kochanki. Potem przyszedł czas na Ibizę, Katmandu, Maledivy, Fidżi, Hawaje, Indonezję… Ich kult też przeminie. Jednak Tanger pozostanie na zawsze, bo Tanger jest mitem.
Na wielkiej fotografii w hotelowej jadalni widać główną aleję miasta – rozjarzony elektrycznymi światłami bulwar Pasteura. Wzdłuż promenady błyszczą czarne packardy i białe cadillaki. Jarzą się wystawy pełne szwajcarskich zegarków i ekskluzywnych wyrobów ze skóry. Faluje tłum. Szeleszczą suknie, futra, płaszcze, garnitury. Podskakują klasyczne i fantazyjne kapelusze. Bogactwo. Szyk. Natłok. Nonszalancja. To chyba rok… 1923?
Wtedy ustanowiono w Tangerze Międzynarodową Strefę Wolnego Handlu. Szacowni europejscy dyplomaci w nienagannych garniturach i lśniących bucikach, powołali do życia Sodomę: Wolne Miasto. Raj dla cwaniaków, hochsztaplerów, fałszerzy pieniędzy, antyków, czeków.
„Korporacje i holdingi zakładano z dnia na dzień – pisała Michelle Green – żeby dzięki nim uniknąć zagranicznych podatków i prać brudne pieniądze… prawo bankowe w zasadzie nie istniało, zaś niskiego cła na artykuły importowane nie podnoszono… nowo powstałe majątki były wolne od opłat fiskalnych… oszuści, fałszywi bankierzy, spekulanci, a nawet uczciwi przedsiębiorcy odnajdywali w Tangerze Ziemię Obiecaną”.
Już wtedy jak ćmy zlatywały do miasta upadłe anioły. Spoceni mężczyźni o tłustych, czerwonych policzkach, karminowych ustach, pulchnych dłoniach, z trwożną pustką w oczach:
księża obłożeni ekskomuniką,
lekarze pozbawieni licencji,
prawnicy wydaleni z palestry.
Skompromitowani arystokraci, homoseksualiści, pedofile.
Przyjeżdżali dla nastoletnich chłopców i młodocianych prostytutek, dla marihuany i haszyszu, lecz przede wszystkim dlatego, że ich życie było już skończone. A w Tangerze nikt o nic nie pytał.
Truman Capote radził: „…Jeśli uciekasz przed policją lub po prostu uciekasz, ze wszech miar tu przybywaj…”.
A uciekali różni. I wciąż uciekają. Zanim założą sobie pętlę na szyję myślą: czy istnieje na świecie jakiś port? Miejsce, w którym można się bezpiecznie schronić, żeby jak pies lizać rany po kopniakach losu? Indie za daleko. Ameryka za ciężko. RPA? Niebezpiecznie. Może Tanger? Marrakesz?
Zapalam kryształowe żyrandole. Podchodzę do ścian. Oglądam serie fotografii.
To już lata czterdzieste. Słynna kawiarnia: „Grand Café de France”. Na pierwszym planie rozbawieni przestępcy: Ówczesny pirat „Nylon Sid” w rozpiętej białej koszuli z fajką w ustach i hitlerowski komandos z Waffen SS, Otto Skorzenny bawi się pistoletem.
W porcie stoją prywatne łodzie podwodne przemytniczych gangów.
Przy stolikach kawiarni kryminaliści, ekscentrycy, ekspatrianci i… pisarze.
Nadal zdjęcia.
Tym razem lata pięćdziesiąte! Uwaga! Przybywa kontrkultura!
Łysy facet, ze zmarszczonym czołem, palący gauloise’a – to Jean Genet.
Uśmiechnięty, wąsaty grubasek – Tennessee Williams!
Drobny mężczyzna w okularach – Truman Capote!
Łatwo rozpoznać brodatego Allena Ginsberga i jego kochanka Orlowsky’ego.
Autor kultowej powieści On the road, Jack Kerouac sączy przez fajkę marihuanę, a skandalista William Burroughs stoi oszołomiony heroiną, w przekrzywionym na bakier kapeluszu. Są Paul Bowles i jego żona, dramatopisarka Jane Auer.
Wszyscy o Tangerze pisali. Romansowali, ćpali, prowadzili dyskusje o upadku Ameryki, a kiedy powstał ruch hipisów nadali mu rangę kultury. To dzięki nim wybuchło Lato Miłości, protest w Golden Gate Park i festiwal w Woodstok.
Chodzę boso po pustych korytarzach i wytartych dywanach. Siadam na brzegu nieczynnej fontanny i powoli robię sobie skręta. Zioło jest zielone, lepkie od kryształków, pachnie sosną. „Ekologiczne uprawy z okolicy” – zachęcał sprzedawca o twarzy mordercy. W teatrze cieni, gdzie miasto opowiadają fotografie, na scenie opuszczonej przez aktorów, w świcie, który jest snem – triumfuje ciemność.