Dlaczego Tanger?

„W latach pięćdziesiątych Tanger zdawał się właśnie po to stworzony, aby artysta outsider mógł się nim delektować: obowiązujące kryteria moralności były bardzo względne, szaleńcy swobodnie chodzili po ulicach i nawet bitnicy (dobrze wszak obeznani z więzieniami i szpitalami psychiatrycznymi) nie musieli zbytnio obawiać się władz. Ponieważ obcokrajowcy w zasadzie nie podlegali prawu karnemu, amerykańscy intelektualiści mieli poczucie nietykalności” – pisała w doskonałym eseju Michelle Green.

Trafiłem do Tangeru w 2011 roku, jako zawodnik, który spadł z wysokiego konia. Z sekretarza redakcji „Dziennika Polskiego”, głównej gazety w Krakowie, na człowieka bez pracy i szans na zatrudnienie, który zasilił rosnącą wówczas grupę NIEPOTRZEBNYCH. Wyjechałem wo Tangeru. Drugiego dnia poznałem francuskiego artystę rzeźbiarza, który zaprosił mnie do swojego domu, gdzie spędziłem kilka miesięcy, a potem wiele razy zatrzymywałem się u niego. W pięknej trzypiętrowej willi – pałacu z widokiem na Morze Śródziemne i Ocean Atlantycki.

Doświadczywszy pomocy i przyjaźni od artystów mrokańskich i francuskich, a także od ambasadora Witolda Spirydowicza (pomieszkiwałem wiele razy w rezydencji Ambasady) zebrałem materiał do książki. Tak w niej opisuję pierwsze wrażenia z Tangeru:

„Słońce dogasa w morzu. Słychać delikatny szum fal, krzyk mew i tragarzy, obsługujących kolejny, ostatni prom z Hiszpanii.
W porcie wciąż jeszcze trwa walka o klientów:
– Panie, dzisiaj strajkują taksówkarze!…
– Na medynie jest niebezpiecznie!…
– Twój hotel się spalił!
– Daj walizkę! No daj, dawaj. Chyba, do cholery, nie jesteś rasistą!?
Brodaci wózkarze i kierowcy w długich kolorowych dżalabijach wyciągają z tłumu podróżnych, zaskoczonych albo ogłupiałych. Zadziwionych. Wpadających w letarg obezwładniającej bezsilności. A wkoło rozgrywa się TEATR. Improwizacja, akcja, solowy występ artystyczny: sztuka – życie – zabawa.
Tu catharsis ogarnia wszystkie piętra istnienia. Od kuchni, przez rzemiosło, usługi, po seks, modlitwę, sprawowanie władzy. Wkoło rozgrywa się operetka, komedia, opera, dramat, baśń z tysiąca i jednej nocy.
Idę w stronę medyny. Patrzę jak czarny welon mroku spływa przez ulice i gasi błyski na szybach. Miasto cichnie. Pachnie teraz intensywniej, jak wieczorny ogród. Przynosi zapach mięty, kwiatów, ziół, ryb, marihuany, gnoju, smażeliny…
Mijam staroświecko ubranych ludzi. W wełnianych czapach, wielbłądzich płaszczach, dziwnych wysokich butach. Mężczyzn o twarzach wyrzeźbionych z hebanu, potomków niewolników przygnanych zza Sahary z pętlami na szyjach, którzy zbudowali potęgę imperium. Przechodzę przez pasaże, zagracone placyki, mętne zaułki aż do otwartej na oścież bramy arabskiej kawiarni.
Z ciemnego wnętrza przez gwar rozmów sączy się muzyka…”

Jak będzie teraz, w roku 2026, kiedy jadę z Danką i psem Felkiem?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *