Kraków – Tanger

Podróż lądowa do Maroka, którą podjąłem w 2010 roku trwała bez przerwy 56 godzin. Zmieniały się tylko autobusy, kraje i języki. Trzeciego dnia dotarłem do Murcji, gdzie obchodzono właśnie fetę. Zachęcony przez recepcjonistę poszedłem do centrum. Napiłem się dobrego wina i zjadłem kilka tapasów. Rano w Smoleńsku spadł tupolew. Nie z tej przyczyny, ale czułem się jednak winny. Mam sporą intuicję i czułem, że jak coś spadnie, to na amen. Dlatego wybrałem autobus.

Rano córka zadzwoniła z pytaniem, czy wracam. A powinienem? Telewizja hiszpańska non-stop nadawała relacje z Polski. Na ulicy od kilku osób odebrałem kondolencje. Wjeżdżałem do Maroka w jakiejś dziwnej, nierealnej aurze. Ktoś mnie zatrzymał i spytał, czy to robota Ruskich. Powiedziałem, że nie wiem.

Po drugiej stronie zatoki szedłem w ciemniejącym fioletowym zmierzchu, brnąłem przez medynę obciążony zmęczeniem i torbą na kółkach. Czułem specyficzny zapach mięty, marihuany, smażonego mięsa… Zapach Tangeru. Dostrzegłem pordzewiałą bramę i napis „Hotel Continental”. Przed wejściem do budynku całowała się młoda para. Nagle  chłopiec dał dziewczynie w twarz. Lekko. Z jakimś dziwnym akcentem dominacji. Nad głową usłyszałem śpiew muezzina i krzyk mew. Wszystko odbywało się jak w jakiejś dziwnej baśni.

Minęło 16 lat. Gdyby nie piesek Danki, Felek, którym nie miał się kto zająć w Polsce, nie pomyślałbym o ponownej podróży drogowej. Ale trudno. Perypetie z przygotowaniem psa i dokumentacji weterynaryjnej właścicielka opisała szczegółowo pod linkiem: https://dojrzalinafali.pl/zanim-felek-dotarl-do-afryki/ale nie wiadomo jeszcze jakie badania będziemy musieli przeprowadzić przy wyjeździe. No, w każdym razie decyzja zapadła. Kupiłem boks dachowy na ubrania, blokadę na kierownicę, wymieniłem olej i płyn chłodzący, pożegnałem się z Krakowem i bez uczucia nostalgii wyruszyliśmy w drogę. 3200 kilometrów!

Pierwszy etap – Norymberga. Trochę szkoda, że jej nie obejrzeliśmy, bo to przecież unikalne miasto. Taka jest, niestety, cena tranzytu. Się jedzie do celu. W miarę prosto. W hotelu zjedliśmy za to przedziwne danie regionalne: galaretkę wieprzową z frytkami. Tfu!

(Cena benzyny w Niemczech niemal nas zabiła! )

Etap drugi – Lyon. We Francji zatrzymaliśmy się aż dwa dni u ciekawej pary polsko-francuskiej. Ona, Jola, od 26 lat w Prowansji, pracuje w administracji, on – Jean Marc nauczyciel angielskiego, poliglota i po amatorsku rzeźbiarz. Mają gościnny dom z ogrodem. Się wypiło. Sam już nie wiem ile. Ale mnóstwo wina – różowego, czerwonego, białego, się zjadło lokalne sery – no pycha. I jeszcze zdążyliśmy odwiedzić wspólnie Wiedeń, to znaczy Viennea, przepiękne miasteczko rzymskie z gotyckimi katedrami. Jak mówią plakaty, wkrótce zaśpiewa tam Fatoumata Divara, świetna griotka z Senegalu.

Etap trzeci – „Grenada, Grenada, Grenada maja!” Kto jeszcze pamięta ten wiersz?

Мы ехали шагом,
Мы мчались в боях
И «Яблочко»-песню
Держали в зубах.
Ах, песенку эту
Доныне хранит
Трава молодая –
Степной малахит.

No więc w Grenadzie nie odwiedziliśmy sławnej Alhambry, bo ją dobrze znamy i w ogóle byliśmy tragicznie zmęczeni. Dowlekliśmy się na kolację do bodegi, gdzie podano nie tylko jabłka, ale coś bardziej lokalnego, karmelizowane polędwiczki i wino. Felek zaczął już spoglądać na księżą oborę. Wyraźnie miał dość tranzytu. Trzeba go było wziąć na noc do łóżka, żeby nie wpadł w autyzm, czy stan autohipnotyczny.

Kolejnego dnia zamiast na prom, dotarliśmy do jakiegoś hiszpańskiego miasta  Reus, gdzie urodził się Gaudi. Mógł sobie wybrać lepsze miejsce, mówiąc szczerze. Mieszkaliśmy nad pizzerią, na 4 piętrze, z przekrzywionym telewizorem na ścianie, zresztą mniejsza o niego. Tylko aby przetrwać.

Ceny paliwa nas nie pokrzepiały…

Szóstego dnia podróży przybyliśmy do Tarify. Prosto do portu. Sztuczna inteligencja podpowiedziała mi, że muszę znaleźć odpowiednią kampanię, najlepiej Balearię. Ale typy przy wjeździe wyraziły zdziwienie, że nie mamy biletów. Wracamy do miasta po bilety. Kupujemy. Powrót do typów. Typy pokazują palcami inną część portu. Jedziemy. Tam spod ziemi wychodzi jakaś urzędowa kobieta, przykleja nam papierek Balearia i każe jechać dalej. Jedziemy  i niemal wpadamy do morza. Nie ma żadnego terminalu. Wracamy do dwóch idiotów, którzy nie mówią w żadnym języku, ale dyrygują załadunkiem w porcie. Okazuje się, że to pracownicy różnych agencji. Teraz mamy już kartkę na szybie i bilety więc nas przepuszczają. Zdziwiona urzędniczka portu ogląda paszport psa. Jest chyba w ogóle niepotrzebny. Marokański celnik, po drugiej stronie zatoki będzie wypytywał Dankę, czy posiadamy drona, broń lub materiały wybuchowe. Pewnie, że posiadamy. Mamy moje książki i psa ludojada.

Za rejs zapłaciliśmy słone pieniądze.

Wjeżdżamy do Tangeru. Gdyby nie fakt, że pracowałem przez pięć lat jako taksówkarz w Krakowie, nigdy bym się tam nie wybrał samochodem. Ale o tym w kolejnym poście.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *