Hotel Continental

Recepcjonista w amarantowym, tu i ówdzie rozdartym mundurze, pokrytym srebrnym kurzem, wkłada worek podróżny na głowę i stękając gramoli się na trzecie piętro.
Wokół trwa aura schyłku: złuszczone ściany, pordzewiałe kinkiety, zniszczone dywany, rozeschnięte meble. Słychać skrzypienie, odpadanie, rozklejanie się, rozchodzenie sprężyn.
Klucza do pokoju nie ma.
– Kiedyś był, ale ostatni gość go zgubił – wyjaśnia bez zażenowania.
Ma białe wargi, siwe włosy i czerwone obwódki wokół oczu.
Drzwi noszą ślady włamań. Tabliczka z numerem 303 urwała się i wisi pionowo. Wkrótce odpadnie za starości. Łóżko, pochodzące z czasów pierwszego sułtanatu, głośno skrzypi. Jest antyczny drewniany wieszak na pranie i niby-taboret, z brudną, zieloną, poduszką. Hotel „Continental” – perła kurortu, który w latach sześćdziesiątych był popularniejszy od Cannes, ulega rozkładowi.
Stare, wypaczone okno, opiera się i wypręża. Do wnętrza wpada chłód, podbity ostrym smrodem portu. Patrzę na martwe pudła ciężarówek, zastygłe, pogrążone w bezruchu, jak wielkie zwierzęta. Na opustoszały budynek odpraw celnych i pełgające w dali światła Gibraltaru. Na plażę, z której wypływają migranci „do lepszego świata”. Wszystko jest snem. Formą tymczasową, zmienną, płynną, obejmującą wiele czasów i historii. Wystarczy wczytać się w tutejsze baśnie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *