W Tangerze poza Tangerem

Można powiedzieć w skrócie, że wraz z wyjazdem do Maroka z dnia na dzień zamieniliśmy naszą codzienność w Polsce na codzienność arabską. Postanowiliśmy sprawdzić, jak żyje tu przeciętny zjadacz chleba i jak jego życie jest podobne, a jak odmienne od naszego.
Zdecydowaliśmy że pierwszy miesiąc pobytu, zanim wyruszymy na eksplorację bardziej odległych zakątków Maroka, spędzimy na obrzeżach Tangeru. Wynajęliśmy apartament na osiedlu gdzie mieszkania, choć atrakcyjnie położone względem oceanu i terenów rekreacji, nie są tylko przedmiotem wynajmu w sezonie wakacyjnym, lecz również miejscem stałego zamieszkania ludzi o średnim statusie społecznym. To tutaj miejsce do życia wybrali sobie nasi marokańscy sąsiedzi, stąd panowie codziennie udają się do pracy, ich żony zajmują się domem a dzieci stąd są wożone do szkoły. Można zauważyć że kobiety, zwłaszcza młode Marokanki, również chętnie podejmują się pracy zawodowej, więc bycie w domu i poza domem dzielą po połowie. Samochód jest dobrem powszechnym a na peryferiach koniecznym, choć nadal część mieszkańców korzysta z komunikacji publicznej. Młodzież najchętniej jeździ motocyklami, starszych można zobaczyć w należących już do rzadkości w Polsce pojazdach trójkołowych. W sezonie letnim wielką popularnością cieszą się też quady. Zauważyliśmy, że autobusy nie mają w okolicy przystanków, choć zatrzymują się w mniej więcej podobnych miejscach, najprawdopodobniej na żądanie. Ku naszemu zaskoczeniu za każdym razem autobus podjeżdża z innym numerem a rozkład jazdy nie istnieje. Z tego głównie powodu daliśmy sobie spokój z miejskim transportem i zdaliśmy się na samochód. Wkrótce jednak na własnej skórze przekonaliśmy się, że kultura jazdy w realiach tangerskich daleko odbiega od europejskich standardów. Żeby nie zwariować musieliśmy opracować własny system poruszania się po aglomeracji. Będzie to przedmiotem odrębnej opowieści – a my wróćmy do tematyki mieszkaniowej.


Osiedla tangerskie położone peryferyjnie względem centrum miasta składają się zazwyczaj z kilku – kilkunastu bloków mieszkalnych o wysokości rzadko przekraczającej cztery kondygnacje, wyposażone w wyasfaltowane i wybrukowane dojazdy i dojścia, urządzoną i zadbaną zieleń – trawniki, kwitnące krzewy, drzewa, zwłaszcza palmy, nierzadko basen, obowiązkowo parkingi – najczęściej w podpiwniczeniu. Mieszkania są przestronne, obowiązkowo z balkonem, loggią lub tarasem. Wyposażone są w typowe media – energię, zimną i ciepłą wodę, internet. Brak jest jednak grzejników, a okna mają tylko jedną szybę. Lepszy standard to zamontowane na ścianach klimatyzatory. Części wspólne w budynkach – wejścia, hole i klatki schodowe – są obszerne i zadbane.

Przy wjeździe na teren osiedla stoi budka stróża, którego zadaniem jest nie tylko podnoszenie szlabanu i otwieranie wrót garażu, ale również dbałość o czystość na osiedlu, strzyżenie i podlewanie trawników, higiena wody w basenie oraz wszelkie prace porządkowe. Stróż jest zatem w społeczności osiedlowej osobą wielozadaniową ale też o szerokich uprawnieniach, z którą wszyscy się liczą, i czego on jest absolutnie świadomy. Stróż jest towarzyski: wszyscy mogą z nim porozmawiać, posiedzieć z nim w budce, podzielić się plotkami. Nie jest to zła profesja.
W architekturze budynków można dostrzec zamiłowanie do ozdobnego detalu przejawiające się w wyglądzie balkonów, kształcie otworów okiennych, mnogości kolumn, tralek, łuków, ozdobnych fryzów, podcieni, wykuszy. Każdy zespół zabudowy posiada swój własny styl i charakter, konsekwentnie stosowany we wszystkich obiektach w jego obrębie. Choć osiedla różnią się między sobą formą architektoniczną, przejawiają dwie wspólne cechy – kolorystykę i skalę. Ściany są niemal zawsze białe lub w odcieniach beżu a dachy, jeśli są strome, to zawsze kryte czerwoną dachówką. Jeśli pojawia się dodatkowy, kontrastowy kolor, jest on zaczerpnięty z otaczającej natury – czerwonobrązowych skał, brunatnej gleby czy błękitu oceanu. Niemal ciągle operujące tu słońce wycina na fasadach ostre krawędzie światła i cienia przydając już i tak mocno rozrzeźbionej architekturze dodatkowej dynamiki. A wszystko to wtopione w pofałdowany krajobraz podmiejskich okolic Tangeru.

To, co od środka wygląda dobrze, jest zadbane i regularnie serwisowane, drastycznie kontrastuje z tym, co dzieje się wokół. Ogrodzenie osiedla wyznacza bowiem nie tylko granice własności, ale i granice dbałości o czystość i porządek. Wraz z linią płotu i drogą dojazdową zmieniają się standardy wymagań i oczekiwań. Rzadko osiedla przylegają bezpośrednio do siebie, powszechnym zjawiskiem jest ich rozrzucenie w terenie to tu, to tam. Wszystko co jest „pomiędzy” to areały nieużytków ze sporadycznie występującymi gospodarstwami rolnymi. „Pomiędzy” to miejsce składowania odpadów budowlanych, rozrzuconych śmieci ze śmietników osiedlowych, które zwierzęta dzikie i gospodarskie regularnie penetrują w poszukiwaniu resztek jedzenia. Plastikowe butelki, szkło, szmaty, papiery, resztki jedzenia, a nawet części nie nadających się już do wtórnego wykorzystania zepsutych sprzętów domowych, urozmaicają krajobraz brunatnoczerwonych pagórków, porośniętych z rzadka przypadkowymi krzewami i drzewami. Zazwyczaj jest to stan przejściowy – tereny „pomiędzy” stanowią bowiem potencjalne zaplecze dla nowych inwestycji. Oczekują na zasobnego dewelopera, który uprzątnie bałagan zostawiony przez sąsiadów i zamieni je z niczego w kolejne oazy dobrostanu. Procesy zabudowy wydają się być zjawiskiem zbliżonym do ruchu ziemi wokół słońca – pozornie stałe choć w ciągłym procesie zmiany. Kiedy jedne osiedla starzeją się i ulegają powolnej destrukcji, po sąsiedzku wyrastają nowe. A między nimi pracują żurawie, dźwigi, koparki – nieodzowny element krajobrazu.


Na nieużytkach w rejonie osiedla, na którym mieszkamy, stałym widokiem są wałęsające się, duże psy, koty, czaple a także zwierzęta gospodarskie – krowy, owce, kozy a nawet stadko pawi, przeganiane na popas przez lokalnych pasterzy. Wszystkie mają naturalny przystanek na przekąskę przy śmietniku. Codziennie obserwujemy też przemarsz wielbłądów, które rano zmierzają do pracy na plażę wozić na grzbietach turystów, o zmierzchu wracają na odpoczynek do swoich gospodarstw. Ten niespotykany w Polsce obrazek po kilku dniach przestał robić na nas wrażenie, stał się nieodzownym elementem tutejszej codzienności.
Ku naszemu zaskoczeniu, w okolicy trudno jest zrobić codzienne zakupy. Z niemałym wysiłkiem odkryliśmy kilka lokalnych sklepików, do których bez środka transportu dotrzeć nie sposób. O innej infrastrukturze społecznej – aptece, przychodni zdrowia, banku – też można tylko pomarzyć. Są za to sezonowe, dość liczne miejsca gastronomii, które działają głównie w okresie letnim. Jak się dowiedzieliśmy, choć Tanger posiada ogromne przestrzenie wygodnych, urządzonych i dzikich plaż, zarówno nad Atlantykiem jak i Morzem Śródziemnym, oraz bogatą infrastrukturę hotelowo-apartamentową, są one odwiedzane głównie przez Marokańczyków, turyści zagraniczni stanowią znikomy procent.
Osiedla tangerskie nad oceanem przypominają nieco osiedla w Polsce, tak ochoczo wznoszone na peryferiach miast w ostatnich latach przez deweloperów. To, co jest wspólne, to przypadkowa lokalizacja podyktowana czynnikami ekonomicznymi a nie świadomą, planową urbanizacją przestrzeni. Jak grzyby po deszczu wyrastają to tu, to tam, wśród pól uprawnych, pod lasem, nowe zespoły zabudowy. Z dala od sklepów, usług, uzależnione od posiadania samochodu. To, co nas różni, to jakość urbanizacji w kontekście traktowania przestrzeni jako całości. W Polsce wygląd osiedli stanowi przejaw architektonicznej konkurencji pomiędzy powstającymi osiedlami i silnej potrzeby indywidualizacji, a wysokość dyktowana jest ekonomiką wykorzystania terenu. W Tangerze przypadkowe zagospodarowywanie terenów cechuje podporządkowanie jednolitemu kanonowi architektonicznemu i ujednoliconej skali obiektów. Można więc powiedzieć, że w tym wyścigu Afryka jest o łeb przed nami.